Obecność to nie cecha charakteru. To kompetencja, którą można rozwijać.

O obecności mówi się dzisiaj dużo. Sama używam tego słowa bardzo często i czasami zastanawiam się, czy nie stało się jednym z tych pojęć, które brzmią pięknie, dopóki nie spróbujemy odpowiedzieć na pytanie: ale co to właściwie znaczy być obecną?

Bo nie chodzi przecież tylko o to, że siedzę naprzeciwko drugiego człowieka i patrzę mu w oczy. Mogę być fizycznie na spotkaniu, a jednocześnie odpowiadać w głowie na maila. Mogę słuchać dziecka i już układać argument, którym za chwilę wyjaśnię mu świat. Mogę prowadzić zespół, a jedną częścią uwagi nadal być przy rozmowie, która wydarzyła się godzinę wcześniej.

Sama dobrze znam ten stan. Ciało jest tutaj, a uwaga podróżuje pomiędzy tym, co było, tym, co za chwilę trzeba zrobić, telefonem, kolejnym zadaniem i wszystkim, czego jeszcze dzisiaj nie zdążyłam.

I chyba nigdy wcześniej nie musieliśmy tak świadomie chronić własnej uwagi.

Czytając niedawno raport dotyczący odporności psychicznej polskich liderów, zatrzymałam się przy jednym wyniku. Badani osiągali wysokie rezultaty w obszarze nastawienia na wyniki, kreatywności czy altruizmu, a jednocześnie zdolność ograniczania multitaskingu była najniżej ocenionym elementem całego badania - 19%.

Ten kontrast wydał mi się bardzo znajomy. Potrafimy działać. Dowozimy. Rozwiązujemy problemy. Troszczymy się o innych. Mamy dostęp do ogromnej liczby narzędzi, metod i informacji. A jednocześnie coraz trudniej jest po prostu być w jednym miejscu wystarczająco długo, żeby naprawdę zobaczyć, co się w nim wydarza.

I zaczęłam się zastanawiać, co to robi
z naszym sposobem prowadzenia ludzi.

Bo kiedy prowadzę grupę, zespół czy nawet ważną rozmowę, moja uwaga nie jest wyłącznie moją prywatną sprawą. Jeśli sama jestem rozproszona, trudniej mi zauważyć zmianę atmosfery, usłyszeć to, czego ktoś nie potrafi jeszcze dobrze nazwać, rozpoznać własne napięcie czy odróżnić sytuację wymagającą mojej reakcji od tej, w której warto jeszcze chwilę poczekać.

Podobnie jest z klarownością. Jeśli sama nie wiem, gdzie stoję, czego chcę, na co się zgadzam i dokąd zmierzam, trudno oczekiwać, że ludzie wokół mnie będą mieli poczucie kierunku.

Jeśli ja nie melduję się we własnej przestrzeni, trudno zapraszać innych, żeby naprawdę się w niej zameldowali.

I może właśnie dlatego coraz mniej myślę o obecności jak o cesze charakteru. Niektórzy nie rodzą się po prostu „bardziej obecni”, a inni „mniej obecni”. Widzę ją raczej jako zdolność, którą można praktykować.

Zauważyć, że odpłynęłam, i wrócić. Poczuć napięcie w ciele, zanim stanie się decyzją. Usłyszeć własną potrzebę kontrolowania sytuacji i niekoniecznie za nią pójść. Odłożyć telefon. Wytrzymać kilka sekund ciszy dłużej. Nie odpowiadać natychmiast. Sprawdzić, czy wiem, co naprawdę chcę powiedzieć. To są drobne rzeczy. Żadna z nich nie wygląda szczególnie spektakularnie.

A jednak zaczynam myśleć, że właśnie z takich drobnych powrotów buduje się jakość przywództwa. Nie z jednego wielkiego momentu, w którym nagle stajemy się świadomymi liderkami, ale z setek małych momentów, w których orientujemy się: „nie ma mnie” i wracamy.

Do ciała. Do rozmowy. Do własnych granic. Do tego, co rzeczywiście wydarza się przed nami, zamiast do historii, którą zdążyłyśmy już stworzyć na ten temat w swojej głowie.

I tutaj wracam do kręgu.

Bo być może właśnie dlatego nadal uważam go za tak wartościowe miejsce praktyki. W kręgu niewiele można schować za działaniem. Nie ma piętnastu zakładek otwartych na ekranie, kolejnego punktu agendy, do którego trzeba szybko przejść, ani zadania, którym można przykryć dyskomfort.

Jest człowiek.
Jest grupa.
Jest to, co dzieje się pomiędzy nami.
I jestem ja, ze wszystkim, co ta sytuacja we mnie uruchamia.

Mogę zauważyć, że chcę przerwać ciszę. Że potrzebuję, żeby grupa była zadowolona. Że czyjaś emocja mnie niepokoi. Że chcę odzyskać kontrolę. I krok po kroku uczę się nie tyle pozbywać tych reakcji, ile pozostawać przy sobie wystarczająco długo, żeby móc wybrać, co z nimi zrobię.

Może właśnie to jest jeden z fundamentów świadomego przywództwa.

Nie permanentny spokój. Nie doskonała samoregulacja. Nie stan, w którym nic już nas nie wytrąca. Zdolność powrotu.

Bo będziemy się rozpraszać. Będziemy reagować. Będziemy czasem tracić kontakt ze sobą. Pytanie nie brzmi chyba: jak już nigdy stamtąd nie wypaść?
Bardziej: Czy potrafię zauważyć, że mnie nie ma i wrócić?

Im dłużej pracuję z ludźmi, tym bardziej mam poczucie, że właśnie takich liderek potrzebujemy. Nie kobiet, które zawsze mają odpowiedź, są zawsze spokojne i potrafią unieść wszystko.

Kobiet, które potrafią wracać do siebie. Bo być może dopiero stamtąd naprawdę możemy zobaczyć drugiego człowieka.

Next
Next

Jak być z człowiekiem, nie tracąc przy tym siebie?