Jak być z człowiekiem, nie tracąc przy tym siebie?
Przez długi czas bliskość kojarzyła mi się z umiejętnością bycia dla drugiego człowieka. Z empatią, uważnością, słuchaniem, próbą zrozumienia. Nadal wszystkie te rzeczy są dla mnie ważne, ale im dłużej pracuję z ludźmi, tym częściej widzę, że istnieje jeszcze druga strona tej historii.
Bo można być bardzo uważną na innych i coraz mniej uważną na siebie.
Można słuchać czyjejś historii i nie zauważyć, że nasze ciało od kilku minut jest napięte. Można tak bardzo chcieć komuś pomóc, że zaczynamy szukać rozwiązania, choć druga osoba wcale nas o nie nie prosiła. Można próbować utrzymać dobrą atmosferę w grupie, rodzinie czy zespole i dopiero po czasie zorientować się, ile własnych granic przekroczyłyśmy po drodze.
Zaczęłam więc zadawać sobie inne pytanie.
Nie tylko: czy potrafię być przy drugim człowieku?
Ale również: czy będąc przy nim, nadal potrafię pozostać przy sobie?
To pytanie bardzo zmieniło moje rozumienie prowadzenia ludzi. Bo kiedy ktoś przede mną płacze, coś dzieje się również we mnie. Kiedy ktoś jest niezadowolony z mojej decyzji coś czuję. Kiedy grupa milczy, kiedy pojawia się konflikt, kiedy ktoś odchodzi albo mnie krytykuje, moje ciało i psychika reagują.
I nie chodzi chyba o to, żeby przestały reagować. Bardziej o to, czy potrafię zauważyć swoją reakcję, zanim oddam jej kierownicę.
Czy kiedy czuję napięcie, muszę natychmiast coś zrobić? Czy kiedy ktoś cierpi, jego cierpienie oznacza, że powinnam je usunąć? Czy czyjeś rozczarowanie jest informacją, że zrobiłam coś źle? Czy mogę pozwolić drugiemu człowiekowi przeżyć jego emocję, nie próbując regulować własnego dyskomfortu poprzez zmianę jego stanu?
To ostatnie pytanie jest dla mnie szczególnie ciekawe.
Bo czasem coś, co z zewnątrz wygląda jak pomoc, może być próbą poradzenia sobie z tym, co cudze doświadczenie uruchamia we mnie.
Doradzam, bo trudno mi patrzeć na czyjąś bezradność. Pocieszam, bo płacz wywołuje we mnie napięcie. Łagodzę konflikt, bo sama źle znoszę różnicę. Biorę więcej odpowiedzialności, bo wtedy odzyskuję poczucie kontroli. Nie widzę w tym niczego złego ani wstydliwego. Widzę raczej bardzo ludzkie strategie, które warto zacząć rozpoznawać.
Właśnie tutaj pojawia się dla mnie granica pomiędzy pomaganiem a świadomym towarzyszeniem. Towarzyszenie nie oznacza obojętności.
Nie oznacza: „to Twoje, radź sobie”. Przeciwnie mogę być bardzo blisko. Mogę słuchać, zadawać pytania, reagować, kiedy wymaga tego sytuacja, i brać odpowiedzialność za to, co rzeczywiście należy do mnie.
Ale nie muszę przejmować odpowiedzialności za cały proces drugiego człowieka. I chyba właśnie tego najbardziej uczę się w pracy z grupami: bliskość nie wymaga zlania się, a granica nie musi oznaczać oddalenia.
Mogę powiedzieć „nie” i pozostać w relacji. Mogę nie znać odpowiedzi i nadal być liderką. Mogę nie zgadzać się z czyimś wyborem i szanować jego prawo do podjęcia go. Mogę zobaczyć czyjś ból i nie uczynić z jego zniknięcia miary własnej wartości.
Im dłużej o tym myślę, tym bardziej widzę, że nie jest to kompetencja potrzebna wyłącznie osobom prowadzącym kręgi.
Przydaje się przy stole z nastolatkiem, który właśnie mówi coś, czego bardzo nie chcemy usłyszeć. W rozmowie z partnerem. W przyjaźni. W zespole, kiedy ktoś kwestionuje naszą decyzję. W pracy z klientem. W każdej relacji, w której spotykają się dwa odrębne światy.
Może więc dojrzałość w relacji nie polega na tym, że coraz lepiej wiemy, czego potrzebuje drugi człowiek. Może zaczyna się trochę wcześniej od zdolności rozpoznania:
co jest teraz jego, co jest moje, a co powstaje pomiędzy nami?
I pozostania przy tym przez chwilę bez pośpiechu, żeby natychmiast coś naprawić. Coraz częściej właśnie tak rozumiem obecność. Nie jako pełne skupienie na drugim człowieku. Jako zdolność pozostawania jednocześnie w kontakcie z nim i ze sobą. Bo być może dopiero wtedy naprawdę możemy się spotkać.

