Prowadzę, żeby nie czuć własnego bólu. Gdy aktywność staje się schronieniem przed emocjonalną prawdą
„Nie mam czasu, żeby się rozpaść. Mam spotkanie.
Mam krąg. Mam prowadzenie. Później.”
W świecie, który ceni skuteczność, a w środowiskach rozwojowych często również gotowość do „działania w służbie”, prowadzenie innych może łatwo stać się formą ucieczki. Nieświadomie. Z dobrymi intencjami. Z sercem na dłoni. Ale właśnie dlatego jest to tak trudne do rozpoznania, bo pozornie robimy coś szlachetnego, a w rzeczywistości uciekamy od własnego wnętrza.
To nie jest temat wygodny. Ale jest konieczny. Bo jeśli chcemy prowadzić innych świadomie, musimy najpierw mieć odwagę spojrzeć na siebie — dokładnie w tym miejscu, gdzie zaczęłyśmy uciekać.
Kiedy działanie staje się strategią uniku
Wiele kobiet, które dziś prowadzą grupy, trzymają przestrzenie, uczą, piszą, organizują i „są w służbie”, robi to z prawdziwego zaangażowania. Ale zaangażowanie nie wyklucza mechanizmu obronnego. Bo często to, co na powierzchni wygląda jak oddanie, w głębi jest niezatrzymującym się ruchem, którego jedynym celem jest: nie poczuć, nie zobaczyć, nie dotknąć własnego bólu.
To ból, który może mieć wiele źródeł:
niewyrażony smutek po rozpadzie relacji,
głęboka samotność, która nigdy nie znalazła świadków,
wstyd noszony od dzieciństwa, że „moja wrażliwość jest problemem”,
żal, którego nikt nigdy nie uznał,
zmęczenie, którego nigdy nie było gdzie położyć.
Wszystko to w ciele jest obecne. Ale jeśli jesteśmy w ciągłym ruchu — jeśli prowadzimy, organizujemy, planujemy, wspieramy, nie ma warunków, by ten ból w ogóle mógł się pojawić.
A jeśli się pojawia, natychmiast tłumimy go pracą. Nawet tą „duchową”.
Duchowe działanie też może być ucieczką
To bardzo trudne do przyjęcia, ale konieczne do wypowiedzenia:
to, że Twoje działanie ma duchowy charakter, nie oznacza, że nie może być kompensacją.
Wiele kobiet nie pozwala sobie usiąść i poczuć, bo boją się, że jeśli się zatrzymają — wszystko się posypie. Więc robią. Pomagają. Organizują. Trzymają pole. Inicjują. I z zewnątrz wszystko wygląda pięknie. Ale wewnątrz... jest napięcie. Jakby życie toczyło się z pominięciem ich prawdziwego, cichego, nieopowiedzianego doświadczenia.
Prowadzenie innych może wtedy stać się idealnym alibi.
Zamiast spotkać się z własnym bólem — prowadzę krąg o pracy z bólem.
Zamiast wejść w kontakt z własną stratą — tworzę przestrzeń dla innych, by opłakali swoje.
Zamiast wypowiedzieć własną prawdę — uczę, jak inni mogą wypowiadać swoje.
Czy to znaczy, że jesteśmy nieautentyczne?
Nie. To znaczy, że jesteśmy ludźmi, którzy zrobili to, co potrafili najlepiej — żeby poradzić sobie z czymś, co było zbyt trudne, by czuć to samemu.
To wymaga współczucia, ale nie pobłażania.
Bo jeśli nie zatrzymamy się, jeśli nie nazwiemy tego miejsca, to będziemy budować kolejne struktury pomagania na fundamencie ucieczki.
A ucieczka nigdy nie stworzy bezpiecznej przestrzeni dla innych.
Jak to rozpoznać w sobie?
Zatrzymaj się na chwilę i sprawdź, czy rezonują w Tobie któreś z tych sygnałów:
Czujesz się ważna tylko wtedy, gdy jesteś aktywna i „w działaniu”?
Masz trudność, by usiąść sama w ciszy — bez celu, bez zadań, bez sensu?
Unikasz własnego procesu, bo czujesz, że „teraz nie ma na to czasu”?
Czujesz ulgę, kiedy pomagasz innym, ale potem zostaje smutek, który nie ma nazwy?
Kiedy nie prowadzisz — czujesz się pusta, niepotrzebna, rozpadnięta?
Jeśli tak, to nie znaczy, że coś z Tobą nie tak.
To znaczy, że coś w Tobie potrzebuje Ciebie, zanim dasz się kolejnym osobom.
Prawdziwa obecność nie unika bólu. Ona go uznaje.
Nie chodzi o to, żeby teraz zrezygnować z prowadzenia.
Chodzi o to, żeby przestać z niego korzystać jako narzędzia do zaprzeczania własnym emocjom.
Jeśli naprawdę chcesz być przestrzenią dla innych —
musisz najpierw stać się przestrzenią dla siebie.
Nie po to, by być doskonałą. Ale po to, by nie uciekać przed tym, co prawdziwe.
Kiedy prowadzenie staje się powrotem, nie ucieczką
Prawdziwe prowadzenie jest możliwe dopiero wtedy, kiedy uznamy swój własny ból i nie będziemy się go już wstydzić.
Nie musisz być „gotowa na wszystko”. Nie musisz mieć wszystkiego przepracowanego.
Ale jeśli zaczniesz być ze sobą tak samo jak jesteś z innymi — wtedy przestrzeń się otwiera.
Nie ta dla grupy. Ta dla Ciebie.
I dopiero z niej możesz naprawdę dawać, nie z obowiązku, nie z roli, ale z miejsca wewnętrznego ukojenia i obecności.
Jeśli ten tekst poruszył coś w Tobie, jeśli zobaczyłaś siebie między wersami — to nie jesteś sama. To właśnie z myślą o takich kobietach jak Ty powstały programy, które uczą prowadzenia z zakorzenienia, nie z ucieczki:
🔗 kobietywkregu.pl/kursy-dla-liderek
A jeśli nie chcesz teraz nic robić — nie rób.
Usiądź. Oddychaj. Zobacz siebie.
To może być pierwszy raz, kiedy naprawdę jesteś tu — dla siebie.

