Czy naprawdę potrafimy cieszyć się sukcesem innych kobiet?
Kiedy przeczytałam komentarze po wypowiedzi Ewy Woydyłło o Idze Świątek, zatrzymałam się na czymś, co obserwuję od lat w pracy z kobietami. Nie na korcie tenisowym. Nie w mediach. W codziennych relacjach między nami.
Od ponad dekady lat prowadzę kręgi kobiet oraz do 5 lat uczę liderki tworzenia bezpiecznych przestrzeni. Przez ten czas zobaczyłam setki historii i jedną dynamikę, która powraca z zadziwiającą regularnością. Kiedy jedna kobieta zdobywa doświadczenie, bardzo łatwo zaczyna wierzyć, że zdobyła również prawo do interpretowania drogi drugiej. Nie zawsze robi to z wyższością. Często z troski. Często z przekonania, że chce pomóc. A jednak efekt bywa ten sam - zamiast ciekawości pojawia się ocena, zamiast słuchania wyjaśnianie, a zamiast zaufania przekonanie, że wie się lepiej.
Być może właśnie dlatego tak trudno budować między kobietami prawdziwe siostrzeństwo. Nie dlatego, że się nie chcemy się wspierać. Dlatego, że bardzo często wspieramy tak, jak same chciałybyśmy być wspierane, zamiast zatrzymać się i zapytać: Czego potrzebujesz teraz?
Myślę, że wiele z nas zna jeszcze jeden mechanizm. Nie zawsze wypowiedziany wprost, częściej ukryty między wierszami.
„Skoro mnie było trudno, Tobie też powinno być trudno”.
„Skoro ja dochodziłam do tego przez dwadzieścia lat, Ty nie możesz zrobić tego w pięć”.
„Skoro mnie się nie udało, to Ty też powinnaś uważać”.
Słowa te nie przyczyniają się do wzrostu one zatrzymują.
A przecież rozwój nigdy nie polegał na tym, żeby kolejne pokolenie zaczynało od miejsca, w którym zaczynałyśmy my. Jego sens polega na tym, że dzięki doświadczeniu tych, które były przed nami, możemy dojść dalej. Szybciej. Mądrzej. Z mniejszą ilością bólu. Jeśli moja droga ma mieć znaczenie, to nie dlatego, że była trudna. Ma je dlatego, że może stać się mostem dla kogoś innego.
Piszę o tym bo sama tego doświadczyłam. Wielokrotnie spotykałam się z przekazem, czasem bardzo subtelnym, że skoro komuś przede mną czegoś nie udało się zbudować, to ja również nie powinnam wierzyć, że mogę. Dzisiaj wiem, że nie chcę przekazywać dalej takiego sposobu myślenia. Chcę wierzyć, że sukces drugiej kobiety nie odbiera niczego mojemu. Wręcz przeciwnie poszerza granice tego, co staje się możliwe dla nas wszystkich.
Dlatego coraz częściej myślę, że największym darem, jaki możemy dać młodszym kobietom, nie są rady.
Jest nim zaufanie.
Zaufanie do tego, że ich droga nie musi wyglądać tak jak nasza.
Że mają prawo popełniać własne błędy, dochodzić do własnych wniosków i odnosić sukcesy na swój sposób.
Autorytety są potrzebne.
Sama mam ludzi, od których uczę się od lat. Ale autorytet nie oznacza nieomylności. Dojrzałość nie polega na tym, że przestajemy zadawać pytania. Polega na tym, że nawet słuchając ludzi z ogromnym doświadczeniem, nie przestajemy myśleć samodzielnie.
Może właśnie tego najbardziej potrzebujemy dzisiaj jako kobiety.
Nie kolejnych ocen. Nie kolejnych interpretacji.
Potrzebujemy odwagi, żeby patrzeć na siebie z ciekawością, a nie z potrzebą udowadniania, kto wie więcej. Bo kiedy jedna kobieta rozkwita, nie zabiera światła pozostałym. Pokazuje jedynie, że światła jest wystarczająco dużo dla nas wszystkich.

