Krąg nie kończy się, kiedy wstajemy z poduszek

Kiedy zaczynałam prowadzić kręgi kobiet, dużo myślałam o tym, co powinno wydarzyć się podczas samego spotkania. Jak je otworzyć, jak stworzyć zasady, jak słuchać, co zrobić, kiedy pojawiają się emocje, jak dobrze domknąć proces. To było naturalne, uczyłam się nowej formy pracy i chciałam ją dobrze rozumieć.

Dzisiaj, po latach siedzenia z kobietami w kręgach i po dziesięciu edycjach Liderki Kręgów Kobiet, coraz częściej zastanawiam się, czy najważniejsze rzeczy, których nauczyły mnie kręgi, w ogóle dotyczą prowadzenia kręgów.

Bo kiedy siedzimy w kole, dzieje się coś bardzo prostego. Ktoś mówi, a ja próbuję słuchać. Nie układam w głowie odpowiedzi, nie szukam podobnej historii ze swojego życia, nie zastanawiam się od razu, jak mogę pomóc. Przynajmniej próbuję, bo oczywiście nie zawsze mi się to udaje. I może właśnie to jest w tym najciekawsze, zaczynam zauważać momenty, w których trudno mi po prostu być przy drugim człowieku.

Kiedy czyjaś historia mnie porusza, pojawia się we mnie reakcja. Czasem chciałabym coś naprawić. Czasem pocieszyć. Innym razem przekonać, że można spojrzeć na sytuację inaczej. Bywa, że czyjeś emocje są dla mnie niewygodne albo że bardzo chcę, żeby spotkanie „dobrze się skończyło”. Krąg stał się dla mnie miejscem, w którym mogę te rzeczy zobaczyć, zanim automatycznie za nimi pójdę.

I chyba właśnie dlatego coraz mniej myślę o kulturze kręgowej jako o czymś, co wydarza się wyłącznie wtedy, kiedy grupa kobiet siada razem w kole.

Zastanawiam się, co stałoby się z naszymi relacjami, gdybyśmy częściej potrafiły słuchać człowieka bez potrzeby natychmiastowego odpowiadania mu. Co zmieniłoby się w rozmowie z nastolatkiem, gdyby jego trudne emocje nie oznaczały od razu, że musimy coś z nimi zrobić? Jak wyglądałyby nasze zespoły, gdyby osoba prowadząca nie musiała zawsze znać odpowiedzi? Co wydarzyłoby się w przyjaźni, gdybyśmy częściej pytały „czego ode mnie teraz potrzebujesz?”, zamiast dawać to, co same uznajemy za pomoc?

Nie wiem, czy świat stałby się od tego prostszy. Prawdopodobnie nie. Ale mam poczucie, że byłoby w nim trochę więcej miejsca na drugiego człowieka.

Jest też druga strona tej historii, której nauczenie się zajęło mi znacznie więcej czasu. Bycie przy drugim człowieku nie oznacza opuszczania siebie. Mogę słyszeć czyjś ból i nie brać odpowiedzialności za jego usunięcie. Mogę kochać kogoś i nie zgadzać się z nim. Mogę widzieć czyjeś rozczarowanie i nie zmieniać swojej decyzji tylko po to, żeby przestać je czuć. Mogę być blisko i nadal wiedzieć, gdzie kończę się ja, a zaczyna drugi człowiek.

Może właśnie tutaj krąg najbardziej zmienił moje myślenie o przywództwie.

Przez lata kojarzyłam prowadzenie przede wszystkim z odpowiedzialnością za kierunek. Nadal uważam, że liderka musi wiedzieć, za co odpowiada i dokąd prowadzi. Ale dzisiaj dołożyłabym do tego inną kompetencję: zdolność pozostawania obecną. Przy sobie, przy drugim człowieku i przy tym, co właśnie wydarza się pomiędzy nami.

Nie zdobywa się jej chyba podczas jednego szkolenia. Sama widzę ją bardziej jako praktykę. Jeden krąg, potem kolejny. Jedna rozmowa, w której zauważam, że znowu chcę kogoś uratować. Jedna granica, którą tym razem komunikuję trochę wcześniej. Jedna sytuacja, w której wytrzymuję, że ktoś wybiera inaczej, niż ja bym wybrała. I następny dzień.

Po jakimś czasie orientuję się, że mam w sobie trochę więcej miejsca. Nie dlatego, że mniej czuję albo że coraz mniej mnie dotyka. Raczej dlatego, że nie wszystko, co czuję, musi natychmiast zamieniać się w działanie.

I być może właśnie to mam dziś na myśli, kiedy mówię o dojrzewaniu liderki. Nie stawanie się kobietą, która potrafi coraz więcej unieść. Bardziej rozwijanie w sobie pojemności na ludzi, różnicę, emocje, niepewność i odpowiedzialność, bez konieczności tracenia przy tym siebie.

Dlatego Liderkę Kręgów Kobiet coraz częściej widzę jako pierwszy krok na drodze świadomego przywództwa. Krąg jest bardzo konkretnym miejscem, w którym można zacząć tę praktykę. Ale to, czego się tam uczymy, nie musi w nim zostać.

Może zabrać się z nami do domu, do pracy, do zespołu, do przyjaźni, do sposobu, w jaki wychowujemy dzieci i budujemy społeczności.

I chyba właśnie to pytanie interesuje mnie dzisiaj najbardziej:
co zmieniłoby się w naszych relacjach, gdybyśmy nauczyły się być naprawdę blisko drugiego człowieka, nie oddalając się przy tym od siebie?

Next
Next

Nie każda przestrzeń, w której ludzie mogą mówić, jest bezpieczną przestrzenią.